A ja juz spakowana jestem i czekam. Za poltora tygodnia, ciemna noca wsadzam tylek do samolotu i fruuuuuuu, na cale trzy tygodnie do domu.
Nie moge w to uwierzyc.
Mija ten czas jak szalony.
Na dnie walizki mam ciuchy, co juz ich nie bede nosic (sie troche zebralo), na to prezenty, na to ciuchy co bede nosic.
Prezenty kupowalam od pazdziernika. Mam wszytskie, co do jednego. Teraz przede mna misja, nie zapomniec zadnego (oraz w dzien odlotu wyjac scyzoryk z torebki).
Najlepszy moj M.
Gadamy cos o prezentach i nagle on "mowie ci, jak ja sie ciesze, ze ja juz wszytskie prezenty pokupowalem". Majac na uwadze, ze ja od pazdziernika tancuje nad prezentami dla swojej i jego rodziny, nad prezentami OD NAS (co oznacza kupienie prezentow dla 10 osob, niektore podwojnie) pytam, ale przepraszam cie bardzo JAKIE ty prezenty kupowales?
"no przeciez ksiazki dla ciebie" (zamowione przez net i odebrane w empiku) oraz bylem RAZ w Zlotych Tarasach". I tu mialam pol godzinna opowiesc o dojezdzie do zlotych Tarasow, o parkowaniu w poblizu Zlotych Tarasow, o tlumie w Zlotych tarasach, o kompletnie zle dobranej temperaturze powietrza w Zlotych Tarasach oraz ze sie do zlotych Tarasow nie wybierze juz NIGDY W ZYCIU PO NIC.
No i jak ja mam go nie kochac?
Zwlaszcza,z e ja musialam ganiac po sephorach i Macy's, ktorych BYNAJMNIEJ dla mnie nie zamykano jak przekraczalam prog, a Macy's w okresie przedwiatecznym moze smialo robic za rekonstrukcje bitwy pod Grunwaldem/Apokalipse.
Moja nowa kolezanka Maitea-Baskijka, nie wysadzila labu, za to pozyczyla mi torbe, zebym sie dopakowala na wyjazd. Torba jest cala w kociej siersci, wiec kolega Deji poradzil "uwazaj na psy na lotnisku".
A ja juz myslami jestem w domu. I juz malo co do mnie dociera z NY. Jestem juz na Rakowcu. Jeszcze tylko poltora tygodnia, tylko tyle i bede tam naprawde :)))))))))))))
Mają na mnie ostatnio gimnazjaliści parcie. Nawet może nie na mnie, ile na moj nr gg. Jest jakaś taka dysleksja od liczb, że się przestawia. Wiec chyba teraz dzieci na to chorują bo...
Nie dalej niż tydzień temu, siedzę sobie przy biurku oddając się naukowemu rozmyślaniu (haha), miga mi kopertka:
- Cześć
Numeru nie znam, patrzę na katalog publiczny, pusto, może ktoś znajomy, numer zmienił czy coś.
- Cześć - odpowiadam
-Wiesz kto pisze?
- Nie wiem - zgodnie z prawdą
- Oj wiesz
- Nie, nie wiem, obawiam się, że pomyłka
- DLACZEGO? (podchwytliwe pytanie)
- Bo sie pomyliłeś/aś (wiem głupia odpowiedź, na usprawiedliwienie wygenerowana głupim pytaniem)
- Niemożliwe
- A jednak, sorry, pomyliłeś/-aś się, na razie
- PIEPRZYSZ (uuuuuuuuuuuuu) - Ty jesteś Milena z Małej Wsi, poznaliśmy sie na gronie
- Nie jestem Milena
- Nie gadaj
- Pomyliłeś/-aś numer
- NIEMOŻLIWE
- Nie jestem Milena, przykro mi, na razie
- JAK TO TY i nie chcesz GADAĆ to się więcej do ciebie nie odezwę (boże jaka ta młodzież teraz wrazliwa i do foszenia się szybka)
Odpuściłam, myślę, no co, nie będę wiecej wyjaśniać, no bo JAK?
Za parę minut:
- JEŻELI SIE DO MNIE TERAZ NIE ODEZWIESZ, TO MOŻESZ SIĘ JUZ WIECEJ DO MNIE NIGDY NIE ODZYWAC!!!!!!!! (podły szantażysta)
I tu już mnie wzięło na takie niegodne traktowanie kobiet, nie wytrzymałam już i spytałam, której cześci zdania: nie nazywam sie Milena i nie mieszkam w Małej Wsi nie jest w stanie pojąć.
Sorry Milena, widzisz, że sie starałam, JAK MOGŁAM. Może sie już do Ciebie nie odezwie, ale tak naprawdę po jaka cholerę Ci dziewczyno taki ofoszony księciunio? Teraz się za gg obrazi a potem, bo sobie nogi jego maszynką ogolisz. Więc wiesz, tak naprawdę to może się okazać, że Ci nawet przysługę wyświadczyłam. Jeszcze mi za pare lat podziękujesz.
Dzisiaj:
-Sie ma
Ja do katalogu a tam jakiś Oskar skądś.
- Pomyliłeś numer
- NIEPRAWDA
- Prawda, pomyliłeś
- NIEMOŻLIWE (chryste co za niedowiarki)
- Pomyliłeś, sprawdź
- Nie pomyliłem (sparte bydle)
- To do kogo piszesz? (staram sie podejść Oskarka)
I tu pada wielce pomocna odpowiedź:
- Do ciebie
- To jak mam na imię w takim razie?
- Artur Jakiśtam, I klasa gimnazjum (sporo szczegółów)
- Nie jestem Artur
- Jak nie chcesz ze mną gadać to się więcej nie będę do ciebie odzywac (matko co z tą młodzieżą? To od tych szprycowanych hormonami kurczaków czy co? Co oni sie tak obrażają?)
- Serio, nie mam na imię Artur, nie chodze do gimnazjum. Mam 32 lata a ten numer od jakis 10. Pomyliłeś się.
- Aha jasne. Ale fajnie
I teraz nie wiem co fajne? Te 32 lata? No fajne, nie narzekam, po 30stce naprawde robi się w życiu ciekawie, ale dla gimnazjalisty to ja nad grobem stoję, więc to pewnie z przekąsem było.
O i to tak nasza kochana młodzież urozmaica mi moje ciężkie życie na emigracji. Nawet się zastanawiałam czy sobie nie zablokować wiadomośi od nieznajomych, ale pozbawiać sie takich miłych pogawędek? W ojczystym języku?
Jeszcze raz Milena i Artur. Sorry was bardzo, ROBIŁAM CO MOGŁAM.
Ha.
Jest lepiej.
Szefowi sie rozjaśniła koncepcja w głowie. Ja ją przyjełam z godnością, do zmiany koncepcji na luzie będe miała z tydzień spokoju. Ha.
W środę przychodzi do pracy nowa dziewczyna. Baskijka z Pampeluny. Wybuchy i branie zakładników pewnie w piątek. Do zobaczenia w Kurierze o 18stej. Będę machać tam do was rączką.
Poza ty pogoda w Warszawie i NY IDENTYKO. W Wawie zimno, tu zimno, w Wawie śnieg, tu... no nie śnieg, ale 9 stopni było czyli zimno. Ma być w wawie pięknie w przyszłym tygodniu tu też. Tak samo znaczy jest, z malym dodatkiem 10 stopni tylko, ale nie bądźmy drobiazgowi, po co?
Wchodze dziś do Duane (taki miejscowy rossman) a tam kartki na Happy Christmas. Oraz bombki. A dziś dopiero 16sty. PAŹDZIERNIKA. Pewnie w przyszły piątek ubiorą choinke. W sumie na co czekać? 27 grudnia zacznie się cos o zajączkach przebąkiwać w sumie czemu nie?
A ja za 9 tygodni jestem w domu. A dzis kupiłam dwia pierwsze prezenty gwiazdkowe (a bo mnie ta duane zmylila).
Hmmm. Ja znow w NY. Znow, boze, jakby od poltora miesiaca ZNOW. Dalej wszytsko to samo. Szarpanina. Ze wszytskim.
Co ja moglabym napisac o tym wyjezdzie. Nie wiem. Jak jechalam to pomyslalam, ze to moze cos zmieni w moim zyciu. Jak na razie jestem w trakcie, wiec ocene wyjazdu zostawie sobie na potem. Na jak wroce i na jak moze cos zmieni. Jak zmieni, to sobie powiem, ze bylo warto. Jak nie, to no hmmm, nie oszukujmy sie NY to nie Londyn, moglam posiedziec w ladniejszym miejscu.
NY mnie meczy. Manhattan to dla mnie klaustrofobia, halas, pospiech. Nie umiem od tego uciec, a nie umiem tak zyc. Niby sama lubie intensywne zycie, ale nie jak mi ktos tempo narzuca. To jak jechanie za kims samochodem. Niby jedzie w porzadku, ale zawsze chcialoby sie np o dwa km/h szybciej, albo wolniej. albo inaczej, no nie wiem.
Czyli cos mnie uwiera. Moze wlasna osobowosc pt. "dupa nie wie po czym jezdzic". A moze cos innego. Cos mi nie tak, w kazdym badz razie. Tak jakos niby sie dzieje cos a nie dzieje. Niby NY, ale przeciez glownie zapieprz, niby sie ucze nowych rzeczy a jakos tak....Takie zawieszenie czuje.
Bylo chwilowe zalamanie pogody. Teraz czekam na chwilowe zalamanie sie. W oczekiwaniu, pojde sie troche upieksze u fryzjerki. Poslucham polonii w zakladzie. Bezcenne.
Per aspera ad astra. Tylko czy astra na pewno beda po tych aspera?
Who knows?
Nobody.
Dwa dni temu. Dwa dni temu minęło pół roku odkąd jestem w NY. Został mi jeszcze rok. Za trzy tygodnie będę w Polsce. To zawsze dziwne uczucie jak się wraca do domu po dłuższym wyjeździe. Ale jakie ja miałam dłuższe wyjazdy póki co? 3.5 miesiąca - najdłuższy. A wtedy wydawało się to wiecznością. Teraz? Teraz intensywność pracy nie pozwala zauważyć mijających dni. Te dni pędzą, galopują. Popędzają jeden drugi. A ja? A ja w środku tego kołowrotka hartuję charakter. Silną wolę. Odporność na stres. Rezultat? Przejmuję się mniej. Niepowodzeniami, potknięciami i z coraz większym uporem prę do przodu. Łatwiej mi o tyle, że 5 kilo poszłoooooo w siną, a ja powitałam dawno niewidzianą wagę poniżej 50 kilo. No dobra tylko pół kilo, poniżej 50, ale zawsze. Sukcesy, bo i te są - satysfakcja i przyjemność.
NY? Raz fajny, innego dnia niefajny, potem znów fajny. Jak to u kobiet, prawda? Z wyglądu nie bardzo, z atmosfery świetny. A że ja mniejszą uwagę zwracam na urodę, to cóż, obawiam się, że może mi po powrocie wystąpić element tęsknoty. Pożyjemy, zobaczymy. z takimi wyjazdami nigdy nie ma łatwej decyzji. Człowiek pojedzie, to tęskni. Nie pojedzie, może żałować całe życie. A jak wiadomo lepiej żałować, że się coś zrobiło...
A tak? Jakoś przeżyję. Człowiek wiadomo, nie sznurek, nie pęka. Czasem pomaga mi to, co powiedziała mi fryzjerka, do której chodzę, gdy bąknęłam coś o tym, że stres, że tęsknota. Powiedziała, że tak wie, że ciężko, ale NIKOMU NIE JEST ŁATWO. I to prawda. Przecież każdy, kto opuszcza dom, ma takie same rozterki, tęskni, stresuje się. Ale czy to powód, żeby się nad sobą użalać? Jęczeć? Chyba nie. Ja na początku jęczałam bardzo. Głównie rodzinie. Teraz mi przeszło. Oczywiście, że nie ja jedna mam ciężko. Praca trudna, szef wymagający. Jakby jedyna na świecie z tym nie jestem. Doświadczyłam tego, czego przez ostatnie 6 lat pracy w polskim instytucie z szefem-człowiekiem z ogromną klasą uniknęłam. Czyli systemu pracy korporacyjnej. Z naciskiem na szybki wynik i dawania z siebie 100% przez 99% czasu w pracy (1% na siku i wizytę, w cafererii). I co? Pierwszy szok minął i teraz już się przyzwyczaiłam. I jęczę mniej (no zdarza mi się jeszcze czasem). Fakt, mam dodatkowy czynnik obciążający w postaci braku rodziny koło siebie. No, ale przecież to nie będzie trwać wiecznie.
Zawsze na pocieszenie mogę sobie kupić buty od Tory Burch :)))) A potem obetrzeć od nich stopy :))))))
Jeszcze tylko trzy tygodnie.
A wczoraj było tak:
Najpierw spacer po Village
Potem czekamy, czekamy
A na koniec buuuummmm
Happy 4th July :))))))))
Biała stronka była, gdyż się schromoliła. Co za beznadzieja.
A u mnie?
To juz zaraz czerwiec? Jak to? Dopiero co zalatwiałam formalności w emigration. Szok. Niemniej mam syndrom napięcia ogólnego wskazujący, zen przydałby sie urlop. Jeszcze dwa miesiące, nanananana i będę w Polsce nanananananan.
To Pani tak przyjechała i wyjeżdża? NIE ZOSTAJE PANI????? Boże czy to takie dziwne, że można chcie przyjechac do Stanów na trochę? Nie na zawsze? Nie ukrywa sie na wizie turystycznej latami, nie drzec, ze deportuja az do czasu szczesliwego wylosowania zielonej karty? Serio, takie dziwne? No ja tam nie wiem. Ja chce do siebie. Tu nie jestem u siebie. Tu jest za inaczej.
Ludzie mili fajni, ok, wszytsko jest, ok. Ja chce do domu i juz.
Natomiast dzis w nocy. Chryste. mlot pneumatyczny na ulicy. O drugiej w nocy (sic!, a moze raczej sick!). I oni tak normalnie, zeby ruchu nie tamowac. Luz. Ale ja jakby przy drodze na lotnisko nie mieszkam. Paranoja i psychole.
No, dobra, spadam do roboty, wsrod wariatow. Serio, naukowcy to mili ludzie, ale psychole. Ten stereotyp to ma jednak sporo prawdy w sobie. Nie, ze ktos usiadl; i wymyslil, ze fajnie by bylo, jakby naukowcy byli psycholami. ze taki imidz w sensie. Nie, nie, nie. Psychole. No ale mili. ale jednak.
Dobra, spylam, myszy czekaja (biedne).
No to w zasadzie bez zmian. Acz nie powiem przechodze pewna sinusoide badz cosinusoide i od "boze, ale fajnie, jestem w NY i robie nauke" gladko przechodze w stan "po cholere mi to bylo, to niewarte zostawiania meza na tyle czasu". Do wyboru do koloru. Jak bede miala chwile to sprawdze mi sie to sie koreluje z cyklem czy z ze zmianami pogody, bo nie wiem.
W sumie (W sumie to znalezli zegarek. Sum plywal, a zegarek chodzil) nie jest zle. Jak tylko sobie uzmyslowilam typ osobowosciowy swojego nowego szefa to w ogole jakos mi lzej. Choc roboty coraz wiecej, to ciezej.
Zaczelam wreszcie sie ruszac troche, znaczy zwiedzac. Dolny Manhattan zwiedzony, rejs wokol Manhattanu odbyty. Majowka w Washington DC przede mna. Odpoczynek w trumnie.
A propos rejs. No wybralysmy sie. Z zapowiedzi pogodowychj mialo byc + 30. I bylo. Na ladzie. Na wodzie 16stopni. Ja w cienkiej koszuli, a rejs 3 godzinny. W polowie rejsu przestalam trafiac zebem w zab. Obiad na ladzie jadlam POWOLI w PELNYM SLONCU, co zdarzylo mi sie pierwszy raz w zyciu. I..... NIE PRZEZIEBILAM SIE. Czy to oznacza, ze zamieniam sie w cyborga?
I zobaczylam Statue.
Po 4 miesiacach w NY.
Gdzie te czasy, kiedy emigranci wplywali statkiem do przystani przy Ellis Island po czym byli myci i odszawiani. Ale Statue widzieli od razu. Mnie na lotnisku nikt nie myl i nie odwszawial, ale paru osobom z by sieprzydalo.
A no i dolny Manhattan b. ladny. Bo ma i stare i nowe i wszytsko obok siebie. I widzialam strefe zero i to jest bardzo przygnebiajace wrazenie. I chyba dla rozrywki tym ludziom tam, ostanio zafundowano przelot Air Force One wraz z mysliwcami. Zeby im tak smutno nie bylo, nie? Bo po jaka inna cholere w czasach kryzysu i photoshopa urzadzac przeloty samolotu, tylko po to zeby mu cyknac fotki? Tak, ludzie juz nie byli przygnebieni, tylko spanikowani i to bylo bardzo przyjemne odwrocenie uwagi moim zdaniem. Debil za to odpowiedzialny powinien isc siedziec albo na 500 godzin prac spolecznych najlepiej przy czyszczeniu kanalizacji w slumsach.
A psycholog co ma gabinet naprzeciwko mnie przyszedl dzis do pracy z psem. Z dogiem niemieckim wielkosci sporego cielaka. I z nim spaceruje po korytarzach. Pies chyba do terapii albo co. W kazdym badz razie ma plakietke jak kazdy pracownik :) Piekna czarna sunia. Z bandana na szyi i plakietka. Przypominam, ze pracuje w szpitalu :))))))))))))) Ciekawe kiedy sie zaraze swinska grypa od jakiegos pacjeta.
No i to tak. Nudy w zasadzie.