Uffffffffff
Dałam radę.
Jestem cała. Pola też jest cała i zdrowa.
Nie pisałam, fakt. Bo co tu pisać jak na usta ciśnie się tylko kuuuurwaaaaaaa. Ciąża była masakryczna. Tak od połowy. Wlazł mi ból żeber. Podobno miał przejść. I przeszedł. PO PORODZIE. Ostatnie 3 miesiące uczucie jakbym miała złamane po trzy żebra z każdej strony. A wiem co mówię gdyż złamane żebro było jedynym złamaniem jakiego do tej pory doświadczyłam w życiu. Co tam dalej. Aaaaaa, w 27 tyg ciąży szpital, nakaz leżenia w domu plus, w bonusie, ból kregosłupa. Więc leżałam trzy miesiące bo i tak stać nie mogłam, chodzić nie mogłam bo kregosłup i żebra bolały w każdej innej pozycji niż horyzontalna, nie do wytrzymania.
Ok. Z nastawieniem na poród siłami natury leżałam. Do 38 tygodnia. Wtedy Mała przycisnęla moczowód, ja dostałam wodonercza i kolki nerkowej i się poddałam. Powiedziałam, że żadne cewnikowanie nie wchodzi w grę, że mają ją ze mnie wyjmować w tej chwili, bo ja już nie mogę. No i wyjęli. 20. grudnia :) Całą i zdrową i na 10 punktów. Opis wstawania po cesarce sobie daruję, bo nie ja jedna itp.
A teraz juz sobie żyjemy. Jak jest? Jest dobrze.
Błogosławię swój zdrowy rozsądek zakorzeniony we mnie jak perz. On mnie ratuje. Na nic sie zdały hormony ciążowe, nie dałam się omamić. Gazetki, które dostałam na szkole rodzenia przejrzałam i wywalilam. Raz, że język tiu, tiu, tiu, którym są pisane (i kolorystyka, oni piszą dla matek czy dla dzieci, bo ja nie wiem) są tak rzygliwe, że ja nie mogę. Określenia dzidzia i bobo spotykane na portalach od zawsze wywolywały u mnie pianę na ustach. Więc też odpuściłam.
Pomyślałam - ok. Będzie jazda. Będzie wrzask, będzie kupa, będą nerwy. No będą, muszą być.
Ale przecież wychowałam psa. A pies to takie dziecko light. I mam w dupie, że się pewnie teraz ktoś tam oburzy. Wiem co mówię , bo już mam porównanie. Dziecko light jak nic. Też jako szczeniak nie dawała nam w nocy spać bo się chciała bawić. Trzeba karmić, wychodzić na dwór na kupę i to regularnie. Też potrafi się pochorować i trzeba zasuwać do lekarza parę dni z rzędu na antybiotyk. Trzeba było leczyć zapalenie ucha. Też potrafiła doprowadzać do szału jęczeniem o kostkę do memłania albo po dwóch miskach odmówić jedzenia karmy za grube pieniądze.
Tak więc po przemyśleniach doszłam do wniosku iż. Skończyłam zootechnikę. Pierwszy plus. Mniej więcej wiem o co chodzi w hodowli zwierząt, jak pominę etap tuczu, dam radę i z dzieckiem. Znalazłam kalendarz szczepień. Ok. Szczepienia to jedno z największych osiągnięc wspólczesnej medycyny (padłam, jak poznałam nowy trend, że szczepienia są be. A niektóre tak zwane ekomamy powinny się przemianować na ekoidiotki i wystrzelić w kosmos). Dobra, co tam jeszcze. Generalnie wbiłam sobię w głowę, że ma być zdrowa kupa, ładna skóra i brak gorączki. I wtedy jest dobrze. I tego się trzymam. Póki krew nie leci z uszu i z nosa jest ok ;). Że trzeba dziecko obserwować i stymulować. Anie nie pierdyliardem rzeczy na raz, bo jej dym z uszu pójdzie (to mi znów zdrowy rozsądek podpowiedział). Więc małą ma parę zabawek używanych na przemian. Coś tam grają, kręcą się, grzechoczą. Chwilowo wystarczy. Dużo do niej gadam. I śpiewam. I pokazuję mieszkanie. A ona najbardziej lubi patrzeć w światł (tłumaczę jej, że niech patrzy, ale niech nie idzie w jego kierunku jakby co ;)
I jakoś nam pierwsze 8 tygodni minęło bez stresu. Mała jest fajna. Płacze jak ma kolkę inaczej nie płacze. Jak ma kolkę to ja mam bobotica :) I już. I spokojnie czekam aż przejdzie. Boli ją brzuszek, to noszę, bujam, śpiewam. Albo robię z nią na rękach ćwiczenie na nogi. Ona mi robi wtedy za obciązenie, a ja jej za kołyskę i obie wygrywamy. Ona sobie ulewa, ja ją na spokojnie przebieram i też czekam aż minie, no bo niemowlęta mają to do siebie, że ulewają. A ulewka to, że się przedostanie pod każdy śliniak.
Nastawiłam się w głowie na macierzyństwo jak na wojnę. I że muszę sprostać wyzwaniom. I daję radę. Nie zrobiłam sobie w głowie pięknego obrazka z różowym zawiniątkiem w roli głównej. I super. Nic mnie nie rozczarowało. Chyba, że na plus.
Dzięki temu mam dobry humor, dużo energii, tonę cierpliwości do małej. Kocham ją nad życie bez zadnych "pomimo" (zmęczenia, niewyspania itp. bo to od razu wzięłam pod uwagę).
I naprawdę JEST FAJNIE.
Bo tak się zastanawiam. Co wyrośnie z dziecka, którego matce śnią się:
- Trupy
- Na dodatek przewożone własnym samochodem
- W celu podrzucenia ich w szczerym polu
- Razem z samochodem
- A potem decyzja o powrocie po samochód, bo go szkoda, a trupy się już na pewno rozłozyły, więc nie będzie strachu, ze ktoś pozna (sorki, mimo wszysko nie śniły mi sie nowoczesne techniki krymininalistyczne z analizą DNA na czele, choć to nawet dziwne. Chyba podświadomie wypieram swoją pracę albo coś).
Poza tym ta cholera mała sie tak wierci, że jak jej to zostanie po porodzie, to ja to czarno widzę.
Dwóch lekarzy niezależnie powiedziało. Więc to MUSI byc prawda, bo inaczej odnajde obydwoje i wyfiletuje (moim ukochanym nożem fiskarsa)
BĘDZIE DZIEWUSZKA :)))))))))
Oczywiście już po USG uważam, że jest śliczna (tiaaaaa, w 19stym tygodniu, hormony to potęga jednak).
Na połówkowym usłyszałam również, że okaz zdrowia (i to w sumie chyba najważniejsze).
Co najlepsze osiągam już powoli pierwszy stopień zdebilenia ciążowego.
Otóż w niedzielę, z powodu pewnych problemów (oszczędzę szczegółów) pojechałam na IP. No i poczekałam na wizytę, bardzo miła p. doktor mnie przebadała i dawaj mnie na USG. I gadam sobie z nią, mówię, ze płci jeszcze nie znam no i pytam czy widać. Ona, że widać. Więc ja niech mówi, a ta, że między nogami nic nie widzi i się śmieje :)
No to w poniedziałek kupiłam kiecuszkę :) Na lato (termin w styczniu). No mongoł mi się włączył, no. Poza tym jakies tam body, ale żółte, porteczki żółte i w różyczki itp. itd. (wyprzedaż była :)))). Wróciłam do domu, pooglądałam wszytsko, siadłam i pierwszy raz mnie walnęło, a CO JEŚLI SIĘ POMYLIŁA? I co ja z kiecuszką zrobię? Będę musiała sprzedać na allegro. Albo łamać konwenanse.
Do piątku, kiedy miałam połówkowe siedziałam jak na gwoździach. I jechałam jak na ścięcie. I oczywiście wszytskim trułam, ze co jeśli sie pomyliła.
No ale się NIE POMILIŁA, no i BOGU DZIĘKI.
Moja mała zwiercona cholera :) świder w dupie po mamuni, jak nic :)
Przyplątał się nam szarańczak. Budzę się któregoś dnia, a tu dzień dobry i siedzi na suficie. Mówię do starego, patrz coś tam siedzi, poszedł zdjął, poodlądaliśmy, o jaki ładny, zieloniutki. I został wyproszony za okno.
Ja dziś patrzę, a ten patafian siedzi znów dokładnie w tym samym miejscu. Przypominam, że pić nie mogę i nawet się do tego stosuję, normalnie sobie znów wszedł i usiadł dokładnie w tym samym miejscu. No i mam teraz dylemat, bo znów został delikatnie wyproszony, ale stary na dwa dni wyjeżdża a jak on mi się wprowadzi w międzyczasie? Z rodziną i tragarzami? I co ja zrobię? Karmę mam tylko dla psa. Szarańczaka też mam wyprowadzić? Jak mi zasra sufit, to sie wkurzę. A jak będzie chciał ze mna spać po kołdra? Jak pies? Nie wiem sama, w kropce jestem.
A, wróciłam z Włoch. Ja to jednak jestem prosty człowiek z północy, nie dla mnie ten klimat. Wszytsko fajnie, ludzie przemili, jedzenie pyszne, ale ten upał odbiera chęć życia. No ale Florencja piękna (choć mała). Na cztery loty tylko jeden był niespóźniony - pierwszy (miłe złego początki). I jak się trzyma ludzi na rozpalonej płycie lotniska godzinę w samolocie gdzie chodzi tylko nawiew a nie klima, to naprawde, NAPRAWDĘ najgłupszą rzeczą jaką można im dać jako rekompensatę, to CZEKOLADKA, karwa. Nie, czekoladka nie, drogi SwissAir, serio.
A poza tym parazyt już wywołał mi anemię. Przydusi się trochę, to zaraz będzie cienkim głosem piszczał /-ła. Ja Ci dziecko dobrze radzę nie wykańczaj matki, bo to nikomu pożytku nie przyniesie.
(Truskawkówka na zimę juz zlana, mniam :))
A takie miałam spokojne poukładane życie. To nie. Zachciało mi się. I mam. Dobrze, że teraz tyle różnych gadżetów itp. jest na czym oko zawiesić a czasem i kupić a nie tylko w domu siedzieć i się po brzuchu głaskać, bo bym oszalała. Ponoć jestem jeszcze większa wścieklica w ciąży niż przed. Nie sądziłam, że to możliwe. A tu proszę.
A poza tym to spoko. Badania wychodzą dobrze, upierdliwych objawów nie ma. Raptem tylko dostałam schizy, że mi dziecko może obumrzeć i kupiłam sobie domowego dopplera na tę okazję, a tak poza tym to naprawdę sielanka.
A i dom sie buduje. Chociaż nie wiem czy po wczorajszym deszczu nie odpłynął gdzieś dwie działki dalej. M. mówi, ze nie dzwonił wczoraj do majstra, bo nie miał odwagi.
No. Dzięki za wszelkie gratulacje. Teraz będę miałą czas, to będę skrobać notki, bo wcześniej miałam mega kryzys ze zmęczenia po tych Stanach.
A za dwa dni znikam na wakacjo-konferencję do Włoch (a doppler ze mną, tak wiem, ale znajdzie mi choć jedną ciężarną, której powiecie: dziewczyno wszytsko będzie dobrze, MYŚL RACJONALNIE, a ona powie: dobrze, i się zastosuje - POWODZENIA)
Wszystkiego Najjjlepszego Na Swieta.
Spedzcie rodzinnie, milo, prosze sie objesc jajek, szyneczek i takich tam.
A ja w tym czasie pojde na Floral Show do Macy's.
Jak mi aparat nie zdechnie to wkleje pare fotek "swiatecznych"
Buzka
Mloda Zebra
Blog mi sie pokrył kurzem.
Tak to czasem bywa.
Co ja mam napisać. Dalej tkwię w NY. Czy ja jestem jakaś nie tego? Czy jestem jedyną osobą na świecie, która nie sika po nogach w temacie NY? Ile to sie czlwoiek nasłucha, naogląda czy w telewizji czy w filmach czy w serialach no NY ma rzucać na kolana. No to dlaczego mnie nie rzuca?
Czy dlatego, że jestem tutaj bez swojej, jakby nie patrzeć drugiej połówki? Ale ja umiem sama myśleć, oceniać, nie musze patrzec na świat czyimiś oczami. Wystarczą mi moje własne. I nadal nic. O co chodzi? Nie wiem.
Pojechałam na Święta do domu. Wiecie dobrze jak te święta wyglądały. Co ja przeżyłam przez ostatni rok w związku z tym, to była masakra. Raz, że praca nowa, ciężka, dwa tęsknota za domem, obcy kraj. W domu choroba. I drżenie, codziennie prawie. Co trzy tygodnie w piątki wizyta kontrolna a ja daleko od domu sztywna ze stresu. I czekam na wiadomość jak jest. W wakacje wizyta w domu, widzę że może nie jest najlepiej ale jest nadzieja. A potem nadziei było już coraz mniej. Ja dalej sztywna ze strachu bo dom, ze stresu bo praca. I przecież widziałam jak wszyscy starają się mi przekazywać wiadomości tak, żeby mi to jakoś złagodzić, tylko po co? To nie ja miałam jakby najgorzej w tym momencie. W końcu wymusiłam na M. żeby powiedział mi wszytsko dokładnie tak jak jest, bez ściemy. Powiedział ze dwa tygodnie przed świętami. Potwierdził mi to czego sama się co najwyzej domyślałam. Po tym przepłakałam caly weekend. Z żalu, że to tak wygląda, z poczucia bezsilności, z wyrzutów sumienia, że nie jestem i że przez cały zeszły rok nie byłam z rodziną. Pojechałam na święta i w zasadzie... zdążyłam się pożegnać. Zobaczyć. Zamienić parę słów. I nastąpiło najgorsze. A ja już nawet nie miałam siły rozpaczać. Do dziś nie mam. Nie dociera to do mnie. Jedyne co to przez ostatni rok posiwiałam. Naprawdę. Normalnie posiwiałam na głowie. I parę dni po tej tragedii wróciłam do NY. Jestem wykończona. Zasypiam o 21-szej, żeby w miarę przytomna wstać o 6stej. W dzień się śmieję, żartuje, wieczorami czesto płaczę. I marzę, zeby już wrócić do domu. Nie piszę nic nawet, bo co mi przyjdzie coś do głowy to ucieka po minucie. Nie umiem sklecić nawet paru zdań z sensem.
Zostało mi 5 miesięcy do końca umowy. I gdyby nie ta moja przeklęta ambicja to pieprznełabym wszytsko i wróciła już do domu. Nie wiem, miesza mi się to wszytsko w głowie. Mam tylko chaos w myślach. Nic mi się nie chce uporządkować.